RSS
sobota, 19 lutego 2011
Po co.

Halo. Jestem matką dwójki dzieci, Franek ma 2 lata i 4 miesiące, Tosia zaraz skończy rok. Mąż pracuje w wolnym zawodzie, co ma swoje plusy: często jemy razem śniadanie i jak tylko może spędza z dzieciakami cały dzień; ale też minusy: często pracuje 24h na dobę przez dłuższy czas i nie ma opcji, żeby wziął urlop albo zwolnienie lekarskie. W tej chwili nikt mi nie pomaga: nie mamy babci ani dziadka, którzy przyjadą albo wezmą maluchy. Dwa razy w tygodniu przychodzi do nas niania na 4 godziny. Po co to piszę? Po to, żeby pokazać, że  wiem, jak to jest siedzieć z dwójką dzieci samej w domu.

Jestem świeżo po lekturze felietonu pani Agnieszki Jucewicz w Wysokich Obcasach. Felieton bardzo mi się podoba, żeby nie było. Tytuł ma: "10 tys kroków wokół kuchni" i mówi o tym, co robi mama siedząca w domu z dwójką chorych dzieci (4,5 i prawie 2), przez ilość kroków, którą wykonuje (pani Jucewicz ma krokomierz) i na końcu pisze, że może się podłączy do latarni, żeby świeciło, skoro w ciągu dnia zrobiła 7 kilometrów. Pomysł świetny, świetnie się czyta, bardzo mi się podobało. Brawo. Więc o co chodzi?

Chodzi o to, że po przeczytaniu zapytałam sama siebie: po co?

Robota mamy siedzącej w domu jest ciężka. Nie wszyscy może to wiedzą, ale jest. Do pracy, jeśli się ją ma chodzi się po to, żeby odpocząć. Do sklepu wyrywa się, żeby spokojnie wózkiem pojeździć między alejkami i żeby nikt od nas nic nie chciał. Siedząc w domu z dziećmi, wszystko jedno, czy dzieci jest jedno, czy pięcioro, nie leży się i nie pachnie, tylko tyra. Trochę tekstów na temat ciężkości macierzyństwa się pojawiło, nawet więcej niż trochę, sama kiedyś też takie pisałam. Ale teraz zaczynają mnie jakoś kłuć w oczy. Bo przecież nie jest tak, że albo mi język wisi ze zmęczenia na koniec dnia dzień w dzień, albo leżę z pomalowanymi paznokciami z gazetą i soczkiem a wokól mnie biegają dwa aniołki w zalanym słońcem pokoju, śpiewając: kochamy Cię, mamo, czy przynieść Ci ciastko?

Więc po co. Po co sobie roboty dodawać niepotrzebnie?

Pogrubione: cytaty. Kursywa: polemika polskich kobiet, kobiet polskich (we wcześniejszych wpisach występowały). Normalne: moje komentarze.

"Dzień zaczął się o 6.30. Skończył o 00.30. W tym czasie usiadłam dwa razy na dłużej: raz na 25 minut, żeby zjeść z dziećmi obiad (one jadły, a ja im pomagałam), drugi raz- na 45 minut, żeby obejrzeć z nimi bajkę (próbowałam w tym czasie przeczytać starą gazetę)."

No właśnie. A ja, kochana moja to dzisiaj spałam godzinkę tylko, bo najpierw musiałam poprasować, a potem, to wiesz, no taka była podłoga porysowana tymi kółkami samochodów, że naprawdę patrzeć nie można, więc wyciągnęłam cykliniarkę i całą noc, no taka wielka krowa, że tego się nie da szast-prast, całą noc, mówię kochana, ręce to mnie tydzień będą boleć, szklanki nie podniosę, bo mi się ręcę trzęsą, muszę przez słomkę herbatę pić. A potem lakieruj człowieku, bo przecież takie matowe to zaraz się zabrudzi czymś i znowu cyklinowanie, więc dwa razy dla pewności machnęłam. Ale to i tak będzie tylko na dwa - trzy dni, bo potem znowu porysowane. Skaranie boskie!

Zawsze sobie można coś do zrobienia znaleźć. Oczywiście w przypadku, gdy dzieciaki chore maksymalnie, choć z tekstu nie wynika, albo w innych jakiś losowych wypadkach siedzi się, ile trzeba przy dziecku. Ale jak nie trzeba, zdrowe i szczęśliwe, to samo się nie może pobawić? Może w czytanie książeczek i mama przeczyta felietion z Wysokich Obcasów? Albo w "mama odpoczywa 10 minut, dzieci się bawią same"? Przez 10 minut świat się nie zawali (w przypadku tragicznych wydarzeń oczywiście interweniować, żeby nie było), a matce naprawdę pomoże kubek herbaty i kilka stron gazety.

"Bawimy się. W ciągu 15 minut podłoga zagracona jest zabawkami tak, że nie można przejść.

Nudzi nam się. To może porysujecie? Tylko najpierw trochę posprzątamy, tzn. ja sprzątam: 123 kroki. Siedzą, rysują, uff. Wypada zrobić obiad. (...) zmywam, wyjmuję z lodówki, mięso umyć, pokroić, pranie wyjąć, rozwiesić(...)"

Moi teściowie mieszkają 300km od nas. Czasem się zdarza, że Ukochany jeździ do swojego miasta rodzinnego służbowo, więc ma jakieś dwie godziny na odwiedzenie rodziców. 90% z tego czasu mama spędza w kuchni. Nie chcę tak. Wolę spędzić więcej czasu z dziećmi, niż codziennie robić obiad, albo dwa (bo dla dzieci na parze, a dla nas smażone, albo może i zupa i drugie?) Podpowiadam: słoiczki, mrożonki, pizza raz na dwa tygodnie, obiad na dwa dni z góry, gotowanie z dzieciakami.

"Po obiedzie sprzątam kuchnię. Sterta naczyń w zlewie, na blacie obierki, pod stołem resztki z obiadu i wczorajszej kolacji, pomiędzy nimi błąkają się pojedyncze kredki.

Kładę dzieci na drzemkę. (...) Kiedy śpią, trzeba ten czas wykorzystać, żeby było widać, że oprócz tego obiadu jeszcze coś zrobiłam. A więc porządki w szafie. Przez półtorej godziny na przestrzeni niecałych dwóch metrów robię kolejne 800 kroków, ale za to mam rzędy równiutko złożonych ubrań. Przetrwają najwyżej tydzień."

Po pierwsze, co to za kretyński tekst: "trzeba ten czas wykorzystać, żeby było widać, że oprócz tego obiadu jeszcze coś zrobiłam."? Czy ktoś Panią Jucewicz rozlicza z tego co robi z dziećmi w domu? Jeśli tak, to bardzo mi przykro, ale jeśli nie, to samej sobie dorabiać roboty przez półtorej godziny, robiąc porządek w szafie?

Poza tym jak to nic nie zrobiła? Wstała z dziećmi o 6.30, ubrała, nakarmiła, bawiła się, ugotowała obiad, pranie nastawiła, powiesiła, nakarmiła dzieci, posprzątała i jeszcze sama sobie (sic!) mowi, że coś wypada zrobić?! Bo nie widać?! Do tego sama przed sobą przyznaje, że to coś przetrwa nawyżej tydzień? A nie lepiej książkę poczytać z godzinę i jeszcze się z pół się zdrzemnąć? Przecież trzeba o siebie dbać, kobieto droga, co Ci dadzą ułożone w szafie ubrania, skoro jesteś tak zmęczona, że nic Ci się dalej nie chce robić?

"Wstają (...) Najedzeni, wyspani, sił mają więcej, odwrotnie proporcjonalnie do mnie."

No, ale przecież "za to mam rzędy równiutko złożonych ubrań.".

Wow.

"A potem jest powtórka z poranka i w krótkim czasie na podłodze, na kanapie lądują przedmioty, które ostatnie kilka godzin spędziły poukładane na swoich miejscach."

No tak, tak. Ja to chodzę za moimi ze szczotką i zamatam jak okruszki spadną, jak bułeczki jedzą, żeby czysto było. A jak jakaś zabawka tylko na podłogę spadnie, to od razu zabieram i do szafy chowam na miejsce, na półkę. Tylko czasami ciężko, jak i nakruszą i coś spadnie, to w zęby sobie wezmę i dalej za okruszkami latam. A kredki jak się rozsypią, to szybciutko zbieram zaraz i kolorami układam, żeby ładnie było, ale sama wiesz, jak to jest: do zielonego nie dojdę, a już pomarańczowe porozwalane.

Podsumuję: najpierw się bawiły dzieci zabawkami, mama posprzątała, żeby porysowały, a potem znowu porozwałały. Po co. Po co zbierać w ciągu dnia, jak za dwie godziny będzie porozwalane? Zwłaszcza, że z maluchami nie ma opcji, że wezmą tylko jedną zabawkę, tylko wszystkie. Jak się papier na zabawkach położy, albo odsunie nogą, też porysują, a mama się nie zaorze na śmierć.

"W międzyczasie mój synek wylewa sok, zalewając nim siebie, siostrę, stół i podłogę. Znów trzeba przebierać, zmywać, zapierać, wyrzucać. 300 kroków."

Tak, no tak. Ile to ja się narobiam kochana, jak mi dzieci wycierały rękawami buzie. Zapierałam na tarze, bo to podobno najlepiej schodzi. I już prawie kostek nie miałam, tak mi się starły.

A jak się wrzuci do kosza z brudnymi rzeczami mokre od soku i się nie dopierze, to komuś przeszkadza? Przecież dzieci się brudzą, od zapierania, każdej pierdoły tylko kostki sobie zetrzeć można. Ja nie prasuję. Prasuje się koszule ukochanego, jak wychodzi służbowo. Rzeczy po domu po co prasować, skoro po założeniu od razu będą pogniecione? Naprawdę mam lepszy pomysł jak spożytkować te trzy godziny w fajniejszy sposób.

Ja bardzo szanuję ciężką pracę i nie mam prawa, żeby komukolwiek wytykać, że robi coś nie tak, jak mi się podoba. Jeśli ktoś lubi pracowac dużo i znajduje w tym szczęście, przepraszam, nie mam prawa się odzywać. Jednak z felietonu wynika, że jednak autorka odpoczęła by sobie, gdyby mogła. O siebie - drogie mamy, i nie-mamy też zresztą, kobiety, dziewczyny i dziewczynki - dbać trzeba, bo jak my o siebie nie zadbamy same, to nikt o nas nie zadba.

Więc mamy drogie: nie wkręćcie się w wir roboty. Nie uprawiajcie matkopolstwa (tak się narobiłam, że już siły nie mam, ale jeszcze trochę poodkurzam), bo tak trzeba. Bo nie trzeba.

O.

15:43, niemnozko
Link Komentarze (7) »
czwartek, 07 października 2010
Dotykowo-wzrokowa interakcja z szafą.

Wczoraj (sic!) pisałam o jedzeniu, dzisiaj napiszę o drugiej rzeczy, która mnie straszliwie irytuje, jeśli chodzi o dzieci i wciskanie rodzicom kitu.

(Odbiegając od tematu: zigzac1 w komentarzu do wpisu dwa wpisy wcześniej zachęcał mnie do pisania stworzeniem 10 rzeczy, które lubię najbardziej. A ja tutaj przewrotnie o kolejnej rzeczy, która mnie niezmiernie irytuje ;))

Już kiedyś o tym wspominałam, przy okazji wpisu o jedzeniu i niejedzeniu, dawno, dawno temu.

Zatem: marketing.

Dzisiaj, nawet można napisać: chwilę temu, jakoś gdzieś przy okazji pokazała mi się reklama mebli dziecięcych Vox – kolekcje Mamama, można je obejrzeć tutaj: http://www.ma-ma-ma.pl/

Więc weszłam oczywiście, bo ja lubię proste rozwiązania, lubię połączenie bieli z nasyconymi barwami, a poza tym wszystkim chyba lubię design po prostu i codziennie wchodzę na wiele stron na ten temat tylko po to, żeby sobie popatrzeć na ładne rzeczy. Pomyslowość ludzka mnie zachwyca i niezmiernie zadroszczę projektantom, że umieją takie ładne rzeczy projektować.

No to, wracając znowu do tematu: weszłam. Bardzo mi się te meble podobają. Proste, niewydumane, a przy okazji inne niż wszechobecna IKEA, która moim zdaniem jest odpowiednikiem PRLowskiej meblościanki: kiedyś nic nie było, więc wszyscy mieli to samo, teraz jest wszystko, a i tak wszyscy mają to samo: IKEA. My też mamy IKEA, żeby nie było.

Pomimo, że pokoik dziecięcy nasz jest już urządzony i nic tam nie chcemy wstawiać nowego, oglądam sobie łóżeczka i szafki i komódki z przewijakami. Najbardziej mi się podoba kolekcja Pook Pook, ależ ładne, hmhm. Jak tu opisują te mebelki?

Chodzi o to, że dziecko rozwija się dzięki wielu bodźcom, co zainspirowało projektantów do stworzenia tych ślicznych mebelków, które pobudzają wszystkie zmysły dziecka.

Na początek łóżeczko.

Cytuję:

"Wzrok najsilniej pobudzany jest przez zróżnicowaną i kontrastową kolorystykę. Szafa i komoda otrzymały barwne zadruki, a dla łóżeczka został uszyty multisensoryczny pokrowiec. To właśnie w łóżeczku kryje się cała tajemnica prawidłowej stymulacji – wzrok pobudzany jest nie tylko przez mnogość kontrastujących kolorów na pokrowcu, ale również przez kolorowe szczebelki - zielony, czerwony, niebieski."

Ach, to wspaniałe, zupełna nowość! Nie wiedziałam, że wzrok mojego dziecka najsilniej pobudzany jest przez zróżnicowaną i kontrastową kolorystykę! Co teraz, co teraz? Czy będę musiałą wyrzucić te szare meble z szarego pokoju przystrojonego szarą roletą? Och, co za pech, szare łóżeczka moich dzieci trzeba będzie wyrzucić na szary śmietnik, do niczego się nie nadają! Do niczego przezroczyste plastikowe talerzyki i mdłobiałe plastikowe sztućce, a te zabawki z folii bąbelkowej? Dno i chała! Do kosza! Nie mamy multisensorycznego pokrowca, och, nie! Moje dzieci rozwijają się wolniej, one nie mają dobrze stylumującego wzrok otoczenia – to dlatego Franek ciągle się przewraca, a Tosia kręci się w kółko na brzuszku – oni po prostu nie widzą!

Cytuję dalej:

"Dotyk Dzięki zróżnicowaniu tkanin (inna faktura, struktura, splot ) maluch dotyka miękkiego weluru, gładkiej bawełny. Kolorowe szczebelki mają rożne kształty – trójkątny, kwadratowy. To są bodźce, które stymulują dotyk, a zmysł dotyku rozwija się jako pierwszy.  Całe ciało dziecka reaguje na dotyk już od dwunastego tygodnia ciąży."

AAA! Gdzie miękki welur? Gdzie gładka bawełna? Faktura, struktura, splot?! Frankowe i tosine łóżeczka wykonane są z szarego plastiku, nie dość że ich nie widać w szarym pokoju, nie mają zróżnicowanej struktury! Ach, zła, zła, zła matko! Usamobiczuj się witką wierzbową, których mnóstwo rośnie w okolicy za gładkie szczebelki o okrągłym kształcie! Tosia i Franek bezpowrotnie stracili okazję do rozwinięcia zmysłu dotyku, pierwszego ze zmysłów!

I jeszcze:

"Słuch Zmysł ten jest bardzo istotny dla rozwoju mowy dziecka. Stymulowanie słuchu polega na dostarczaniu różnorodnych bodźców dźwiękowych, stąd w łóżeczku stukające i trykające szczebelki."

Niee! W ich szarych, gładkich łóżeczkach nic nie stuka i nie tryka! Pozostaną głusi! Dlatego nie reagują, jak się do nich mówi! Dlatego Tosia jeszcze nie ma rozwiniętej mowy! Brak stymulacji słuchu! Zapomniałam do nich mówić. Idiotka!

I ostatni cytat na temat łóżeczka:

"Węch Natura człowieka jest pełna niezwykłości. Dziecko tworzy swoje „bezpieczne miejsce” zostawiając ślady – łzy, ślinę. Materiały pokrowca doskonale zatrzymują te zapachy. Zapach ma ogromne znaczenie dla dziecka - oswaja, pozwala rozpoznać bezpieczne miejsce, ulubioną zabawkę, a najlepiej rozpoznaje po zapachu… oczywiście MAMĘ."

Koniec. Skrzywdziłąm swoje dzieci. Nie dość, że żyją w świecie totalnie pozbawionym bodźców, to jeszcze przecież piorę obijacze z łóżeczka Tosi, zaślinione śpiworki i przepoconą pościel Franka. Aż strach pomyśleć, jaki stres przeżywają moje maluchy tak często znajdując się w nowym zapachowym środowisku! Za dużo stymulacji! Nie prać! Nie prać! ZŁO, ZŁO!

A komódka jaka śliczna, na filmie mozna zobaczyć "prezentację funkcji produktu": można wysunąć wszystkie trzy szuflady! A potem je zamknąć! No nie! To dlatego nasza komoda się do niczego nie nadaje. Przecież szuflady się w  niej nie otwierają – wiedziałam! Coś mi w niej od początku nie grało. I jeszcze "multifunkcja mebla – stymulacja zmysłów (...) kolorowy nadruk stymuluje zmysł wzroku". Nasza szara, nieotwierająca się komoda nic nie stymuluje. Beznadzieja.

Szafa? Kurczę, drzwi się otwierają i zamykają. Obydwa skrzydła! A w środku? Półki! My nie mamy szafy. Z dzieci wyrosną idioci! Znowu: "multifunkcja mebla – stylmulacja zmysłów (...) kolorowy nadruk stymuluje zmysł wzroku (...) interakcja dotykowo-wzrokowa z tablicą." Interakcja dotykowo-wzrokowa? Że niby można spojrzeć i dotknąć? I co jeszcze?! To dzieci powinny patrzeć i dotykać? Jak to?

Jedne z drzwi szafy są tablicą do rysoania kredą, stąd ta "interakcja dotykowo-wzrokowa".

Bardzo się cieszę, że za jedyne 7058pln mogę zakupić kolorowe łóżeczko z trykającymi szczebelkami, pokrowcem multisensorycznym zapamiętującym zapachy, komodę z trzema szufladami, które się otwierają i zamykają oraz szafę z dwoma otwieralnymi i zamykalnymi skrzydłami, z których jedno służy do dotykowo-wzrokowej interakcji. Tylko że za dużo mniejszą kwotę mam zestaw, który może nie ma trykających szczebelków, ale za to ma grającą grzechotkę w środku łóżeczka, zamiast multisensorycznego pokrowca ma pościel i puchatego misia, a choć szufladki komody są jednobarwne, to otoczenie moich dzieci w różnych kolorach nadrabia braki, również brak dotykowo-wzrokowej interakcji z szafą.

Drodzy producenci, ja wiem, że reklama, że marketing, ale czy nie byłoby może trochę uczciwiej, a na pewno prościej, napisać:

"Mamy Państwu do zaoferowania komplet bardzo ładnych i ciekawych mebli do pokoju dziecięcego. Narobiliśmy się z ich wymyśleniem, namyśleliśmy się z ich zrobieniem. Mają ładny design, ale nie są zbyt tanie. Za to są pomysłowe i oryginalne. Zapraszamy do zakupu."

Może i urodziłam dwoje dzieci, co podobno obniża inteligencję, ale nie straciłam rozumu.

21:59, niemnozko
Link Komentarze (2) »
środa, 06 października 2010
Mamo, co ta dziewczynka je?

Hej, jestem leniem jeśli chodzi o pisanie – ale mam na to świetne usprawiedliwienie: ja po prostu nie umiem pisać. To jest dla mnie ogromny wysiłek: zanim już coś wymyślę, zanim mi sie w głowie ułoży, to się narobię gorzej niż gdybym kopała rowy.

Więc po napraaawdę długiej przerwie może wreszcie mi się ułożyło, to napiszę.

Franciszek niedługo kończy dwa lata i zaczynam zauważać kolejne już symptomy mówiące: wyślijcie mnie do dzieci. Nie wystarczają spacery na plac zabaw (na którym oddawał się głównie obserwacji dziecięcych zabaw i szaleństw), czy do bzikolandu znajdującego się w naszym małym miasteczku (gdzie sytuacja wygląda podobnie). Do przedszkola jeszcze rok, w tej chwili i tak nie mamy pieniędzy na przedszkole, ponieważ już drugi miesiąc jestem bezrobotna, więc wymyśliłam może jakieś zajęcia z innymi maluchami - choćby ze dwa razy w tygodniu.

I co? I nie ma. Najbliższe są – chwileczkę, zaraz sprawdzę na zumi, jak daleko – 12,9km stąd. Trochę daleko, biorąc pod uwagę, że zajęcia dla takich maluchów raczej nie trwają godzinami.

Chyba, że chciałabym się zapisać do jakiegoś przedszkola na zajęcia adaptacyjne, przygotowujące Franka do przedszkola. Państwowe przedszkola odpadają, nie mamy szans na dostanie się do nich, poza tym nie mają takich zajęć w ciągu roku. W zeszłym roku Franek chodził na zajęcia z maluchami do jednego z przedszkól, ale nie było najfajniej, więc może jakieś inne?

W internecie można znaleźć kilka przedszkól prywatnych u nas, na ich stronach można przeczytac dokładnie to samo: dbamy o rozwój dzieci i zadowolenie rodziców, oferujemy to, śmo, siamto, mamy fajne ciocie i pyszne jedzonko.

Pogadałam ze znajomymi mamami, jakoś się tak złożyło, że i maluchów sąsiadów mamy kilkoro, i u znajomych była okazja do świętowania, więc i mamy się pojawiły.

No i niestety: ogólny wniosek jest taki, że przedszkola prywatne są zakładane przez panie, które nie mają za bardzo co robić, bo im dzieci dorosły, więc właściwie dlaczego nie założyć przedszkola. Jak dla mnie bomba, tylko jeśli wiedzą jak zorganizować dzieciom czas i jak o nie dbać.

Jedno z przedszkól opisywane jako najlepsze w rejonie: niby dzieciaki się bawią, niby coś tam jedzą, ale na podwieczorek na przykład ciacha z torebki foliowej, "soczek" (w cudzysłowiu, bo nie 100%) i wafelka. Nie mam nic przeciwko "soczkom", ciastku z torebki, czy wafelkowi. Raz w tygodniu. Najchętniej raz w miesiącu. Ale codziennie? No trochę słabo. Franek i tak będzie jadł słodycze, więc może odsuńmy start w krainę łasuchów jak najdalej, jak się da. Poza tym –odkąd czytam etykiety – coraz częściej włos mi na głowie staje i coraz częściej wkurzam się na perfidię firm produkujących żywność, że śmieją nam wmawiać, że sprzedają zdrowe produkty dla naszych dzieci, tylko po to, żeby napchać sobie kieszenie kasą. Wracając do tematu: mamy w grupie zebrały się i na zebraniu rodziców zgłosiły prośbę o urozmaicenie posiłków. Nie o usunięcie słodyczy, ale o urozmaicenie. Pani złożyłą buzię w ciup i powiedziała: "To przedszkole jest na rynku od 2001 roku i nigdy, nigdy, nigdy nie było takiej prośby. Ja nie wiem o co państwu chodzi." i: "Tak się nie da zrobić." Albo: "No dobrze, to zrobimy normalne kanapki i takie na ciemnych chlebie, ciekawe, co dzieci wybiorą".

Druga prośba – w piątki można przynosić do przedszkola swoje zabawki, ale jest warunek: bez karabinów. Jedna mama stwierdziła, że kolega jej syna przynosi PSP z jakąś strzelaniną i chłopcy grają w kąciku. Krew się leje i ogólnie jej syn się potem boi (syn nie ma lat siedemnastu, tylko cztery). Na co mama tego chłopca stwierdziła, że w ogóle ona nie widzi problemu, bo przecież jej synek gra na PSP od drugiego roku życia i nic mu się złego nie dzieje, a cichutko sobie siedzi w kąciku. Oczywiście pani dyrektorka znowu stwierdziła, że: "To jest pierwsza taka prośba od 2001 roku i ja w ogóle nie wiem o co państwu chodzi, nic się nie da z tym zrobić.".

Ukochany, gdy mu o tym wpomniałam, stwierdził: "To może niech sobie pornosa przyniosą, skoro nie ma zakazu, ciekawe co wtedy panie powiedzą." Żałuję, że nie wpadłam na ten pomysł.

Kolejna mama, dwóch dziewczynek: 4 i 2lata, z którą rozmawiałam ma trochę inne doświadczenia, bo na stałe mieszka w USA i to co mówiła brzmiało jak jakaś straszna bajka.

Spacer w parku, plac zabaw. Starsza córka podchodzi do mamy, pije wodę. Wszystkie dzieci i mamy patrzą na nią jak na jakiegoś dziwaka, bo inne piją colę. Mama wyjmuje banana do przegryzienia. Jedno z dzieci pyta mamę: "Mamo, co to jest, to, co je ta dziewczynka?".

W 2008 roku w Stanach Zjednoczonych Gerber zrobił badania – ankietę telefoniczną. Telefonicznie pytano rodziców 3273 dzieci w wieku od urodzenia do 48 miesiąca życia z pytaniem: czy wasze dziecko zjadło w ciągu minionego dnia co najmniej jeden owoc lub jedno warzywo?

Odpowiedzi (w wieku od 12 do 24 miesięcy): 25% dzieci nie jadło ani jednego owocu, 30% nie jadło ani jednego warzywa. Z tych, które zjadły choć jedno warzywo, około 35% rodziców, na pytanie: jakie? Odpowiedziało: frytki.

Ja zaniemówiłam, jak to usłyszałam (opowiadająca mama wspomniała o tym badaniu, ja sprawdziłam liczby, możecie to znaleźć tu: http://medical.gerber.com/nirf/cm2/upload/20446F1F-6EB9-4D23-9151-759BC6F598B3/2385_FITS08-PrelimFind-FINALv2-05.pdf), mimo iż widziałam film Food.inc, więc właściwie nei powinno mnie to dziwić.

Czy Polska też niedługo taka będzie?

Czytałam kiedyś gdzieś wypowiedź którejś pani Gessler – ona robi warsztaty jedzeniowe dla dzieciaków: robią razem soki owocowe, zupy, używają naturalnych przypraw (na przykład wanilii a nie waniliny) i porównują smaki sztuczne z naturalnymi. Niby fajnie, tylko że coraz częściej jest tak, że dzieciakom nie przeszkadza sztuczny smak napoju, nie przeszkadza im podrasowany smak zupy w proszku.

Nie chcę, żeby Franek i Tosia jedli sztuczne, silnie smakujące i nic nie warte jedzenie dlatego, że "inaczej nie można". Nie chcę, żeby grali w strzelanki mając kilka lat. Chcę, żeby panie w przedszkolu zwracały na to uwagę. Czy wymagam zbyt wiele? Tutaj, chyba tak.

 

22:31, niemnozko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
macierzynski brak plci

wracam do pisania bloga, bo szkoda czasu i przemyslen.


chcialam dzisiaj napisac o czyms, co mi od dluzszego czasu chodzi po glowie, a mianowicie o braku plci i seksualnosci matek polek.


ukochany wraz z franciszkiem uczeszczaja na basen - zajecia dla maluchow. nie ma w nich wiele z plywania, chodzi raczej o pochlapanie sie, poskakanie i przyzwyczajenie do wody, i - co byc moze najwazniejsze - porobienie czegos tylko we dwoch.


najczesciej na basen przychodza pojedynczy rodzice z dziecmi, czasami jednak zdarza sie, ze przychodza oboje. tata jest w przebieralni z synkiem, wsrod innych tatusiow i synkow, wszyscy szykuja sie do wejscia na basen, kiedy nagle znienacka wpada mama jednego z synkow i zona jednego z tatusiow sprawdzic, czy tata sobie radzi. nie to, ze puka, nie, ze: "przepraszam, jestem  mama sebastianka, chcialabym wejsc na chwilke, czy moge? uwaga, wchodze!', nie. bez pukania, bez ostrzezenia pani wchodzi do szatni meskiej do golych meskich fujar i pup. i od razu: "mamusia przyszla do sebastianka, sprawdzic, czy tatus sobie ze wszystkim radzi". pomijam juz wstyd tatusia sebastianka, ktorego zona sprawdza, czy sobie facet radzi z rozebraniem dziecka i przebraniem go w pieluche basenowa, ale czy ta matka polka nie widzi, ze naokolo jest paru facetow, czesc z nich nieubranych? nie widzi. widzi tylko sebastianka.


czy matki polki staja sie w momencie urodzenia dziecka bezplciowe? czy bycie matka oznacza zaprzestanie bycia kobieta? czy okoliczni ojcowie w takiej sytuacji nie maja prawa poczuc sie niezrecznie? ciekawe co staloby sie w sytuacji odwrotnej - gdyby to tata wszedl do damskiej przebieralni sprawdzic, jak mama sobie radzi z malwinka?


druga sytuacja: siedzimy w knajpie na sniadaniu. przy stoliku obok podobna rodzina jak nasza: mama, tata, starszy syn i mala dziewuszka. i matka nagle miedzy jednym a drugim kesem jajecznicy, bierze corke na rece, wyjmuje piers i zaczyna karmic. a mi przechodzi ochota na sniadanie. ja rozumiem, ze dzieci chca jesc. ja rozumiem, ze nie wszedzie sa odosobnione miejsca dla matek karmiacych, ale chyba mozna to zrobic jakos inaczej, niz wyciagajac piers [zwana przez matki karmiace cycem, co mnie doprowadza do szalu, bo wyglada na to, ze urodzeniu dziecka kobieta z piersiami zamienia sie, na wlasne zyczenie zreszta, w matke z cycami. albo z cycusiami, co jest chyba jeszcze bardziej odzierajace z kobiectwa.] zza dekoltu. znam pare osob, ktore potrafia zrobic to ladnie - zaslonic sie pieluszka, czy chusta, albo chociaz odwrocic sie. sa super chusty do karmienia, w ktorych w ogole nie widac piersi. pisalam kiedys juz o tym, ze dla mnie wystawianie piersi na widok publiczny, bez znaczenia, czy przez kobiete karmiaca czy nie, jest - nie lubie tego slowa, ale musze go tu uzyc - gorszace. karmienie piersia zas jest dla mnie tak intymne, ze czuje sie zle uczestniczac w nim, jako widz.


kiedys dawno, dawno temu kupilam czasopismo gaga, jako alternatywe dla pism takich jak "rodzice", czy "dziecko". kupilam tylko jeden egzemplarz, poniewaz oprocz designerskich mebelkow oraz przepisow na zdrowe posilki byl tam rowniez tekst jednej z matek opisujacy podroz z maluchem do japonii. taki w stylu, ze podrozowanie z maluchami jest fajne i ze warto. i autorka, widac, ze mloda, rozsadna, otwarta babka, ktora chce dziecku pokazac swiat, pisala tak [cytuje z pamieci]: "publiczne karmienie piersia nie jest w japonii mile widziane. denerwowaly mnie spojrzenia postronnych osob, ktore patrzyly jak karmie malucha. w koncu za ktoryms razem warknelam: "baby hungry, baby eats!" i przestalam sie przejmowac, bo przeciez nakarmienie mojego malenstwa jest najwazniejsze."

przeczytalam ten tekst wtedy i zrobilo mi sie smutno. i robi mi sie smutno za kazdym razem, gdy patrze na wyciagajaca piers matke. bo wszyscy naokolo jestesmy tymi biednymi japonczykami, ktorzy sie czuja zle z tym, ze ktos w ich obecnosci wyciaga piers i karmi. ale zadne z nas nic nie powie, bo jestesmy zbyt uprzejmi.

nie jest wazne to, ze jadac w obce kraje nalezy sie przystosowac do zwyczajow tam panujacych, jakkolwiek absurdalne by sie nie wydawaly, bo to my jestesmy goscmi, a nie na odwrot i nikt nas do tej podrozy na sile nie namawial. niewazne, ze w meskiej szatni moga byc rozebrani mezczyzni, ktorzy poczuja sie przynajmniej glupio, gdy do szatni wtargnie mama sebastianka. niewazne. bo JA jestem MATKA i mi wolno.

 

a wlasnie, ze nie wolno prosze matki.

13:04, niemnozko
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
sekta rodzicielska

ukochany przy okazji referowania ktorejs z rozmow telefonicznych wspomnial o komentarzu swojego znajomego, ojca trojki dzieci urodzonych jedno po drugim, mowiacego cos w rodzaju: 'nie zazdroszcze. czas od urodzenia pierwszego, do momentu, kiedy najmlodsze nie mialo dwoch lat, wspominam jako najgorszy czas w moim zyciu. a teraz ide spac. nadal odsypiam lata 1998-2004. czesc.'

poniewaz ostatnio dociera do mnie wiele informacji zwiazanym z ciezarem posiadania dzieci, zaczelam sie zastanawiac, dlaczego niektorzy ludzie maja dzieci - skad to parcie do posiadania potomstwa, gdy sie ciagle na nie narzeka?czy to zegary biologiczne? pragnace sie rozejsc po swiecie i przetrwac DNA? bo mamy chca miec wnuki [wbrew pozorom, mysle, ze nie jest to absurdalny powod, jesli sie zastanowic nad polskimi matkami]? bo 'wszyscy' maja?

jeszcze jedno, to rozumiem - nie wiedzialo sie jak to jest miec dziecko, myslalo sie, ze to rozswietlony sloncem pokoj, grzeczne malenstwo bawiace sie caly dzien w kaciku czystymi, kolorowymi, cichymi zabawkami wybranymi przez rodzicow. potem sie stiwerdzilo, ze to nie do konca jednak tak wyglada. i co? chcialo sie miec drugie? no dobrze, moze zeby temu pierwszemu nie bylo smutno, rodzenstwo to zawsze rodzenstwo, zacisniemy zeby, damy rade. moze sie beda razem walic klockami po glowach, to troche odetchniemy. ale trzecie? jak tak ciezko? jak juz sie wiedzialo, na co sie czlowiek decyduje? hm..

potem przypomnialam sobie, jak to bylo, gdy jeszcze nie mielismy dziecka i rozmawialismy z rodzicami. polecali: 'wspaniale! cudownie! pociechy!'

jak zaszlam w ciaze: 'och, tak sie ciesze! wspaniale! cudownie! pociecha!'

pod koniec ciazy: 'wyspijcie sie na zapas! bedzie plakac, marudzic i nie da wam zyc!'

po urodzeniu: 'ale daje po dupie, co?'

i juz wiem.

istnieje sekta rodzicielska. jest pewna grupa rodzicow, do ktorej nie ma wstepu ktos rodzicem niebedacy. przed zajsciem zajdzie w ciaze rodzice sekciarze roztaczaja wspaniale wizje, jak to fajnie, milo i wesolo. zachecaja: wstap do nas! na karte czlonkowska czeka sie co prawda 9 miesiecy, ale za to klub oferuje mnostwo rozrywek! juz nigdy nie bedziesz sie nudzic! bedzie pieknie i wspaniale, skus sie!

a jak juz ktos sie skusi i wykupi dozywotnie czlonkostwo, okazuje sie, ze ze scian klubu odlazi farba, fotele niewygodne, whiskey rozcienczona, krany sie nie dokrecaja, gazety sa z zeszlego roku, a abonament za kablowke nie zostal zaplacony. ale za to rodzice nagabywacze, dzieki temu, ze ktos dolaczyl do ich klubu czuja sie lepiej. bo nie tylko oni musza wstawac w nocy, nie tylko oni chodza w ubrudzonych jedzeniem maluchow ubraniach, nie tylko oni zamieniaja sie w automaty do karmienia, przewijania, usypiania i noszenia, bo ci, co byli wolni tez! zacieraja raczki i chichocza cichutko okrutnie w okupowanym od lat kaciku.

teraz moga sobie ponarzekac, pomarudzic, wyciagnac wszystkie zalegajace na dnie serca zale: placze, marudzenia, odmawiania jedzenia, robienie na zlosc. najciekawiej robi sie, gdy spotka sie kilku klubowiczow: 'a moj to..', 'a moja..', 'nawet nie wiesz..', 'latami nie zasniesz..', 'tygodniami nie mialam czasu na wziecie prysznica..', 'nie mylem zebow przez miesiac, bo nie mialem kiedy..', 'a ja nie jadlam tygodniami..', 'phi, ja nie jadlam przez trzy lata, no bo kiedy zjesc, jak sie ciagle karmi piersia..', 'a ja przez pierwsze kilkadziesiat nocy spalem na siedzaco z dzieckiem na rekach, bo mialo kolki..', 'moja to ma nadal kolki, na studiach sobie rady nie daje..'.

zapetla sie to, zapetla, przekrzykuja sie coraz glosniej i glosniej, ale kazdy ma taka sama sile razenia. wyjsciem jest kolejne dziecko - i oczko wyzej w hierarchii klubowej. 'co wy wiecie o rodzicielstwie, drugie to dopiero..'. a trzecie?! to krag wysoce wtajemniczonych narzekaczy - elita. do gabinetow czworek maja wstep tylko posiadacze zlotej karty. piatki - platynowej. o szostkach sie szepcze po katach, bo niby sa, ale nikt ich nigdy nie widzial. podobno maja osobne wejscie.

trzymajcie sie z daleka od sekty. podobno sa swietni w praniu mozgu.



 

23:05, niemnozko
Link Komentarze (5) »
blog butelkowy

zazwyczaj nie reklamuje, ale tym razem musze.

rzetelny, madry blog butelkowy dla mam karmiacych butelka:

http://butelkowy.blox.pl/html


dziekuje autorce :)

22:16, niemnozko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 marca 2010
i znowu kazdy swoje.

na jednym z moich ulubionych blogow 'nowy wymiar' zostal opublikowany wpis na temat szczepionek,

mozna go przeczytac tu: http://trava.blox.pl/2010/03/Przedszczepienne-zapalenie-mozgu.html

ja akurat w szczepionki wierze, wiec nie mam problemu z tym, czy szczepic, czy nie, ale dylematy mlodej [no niech bedzie, nie takiej mlodej, powoli nawet staz mi sie wydluza] matki rowniez mam - chodzi o karmienie piersia. znowu.

idac do szpitala na drugi porod wydawalo mi sie, ze jestem maksymalnie asertywnie nastawiona do karmienia piersia i nikt mnie ani nie namowi, ani nie nakreci mojego organizmu na karmienie piersia, bo przeciez juz probowalam i nie da sie i juz. zabralam nawet ze soba butelke, zeby podac poloznej pod nos i poprosic o napelnienie.

jednak moj organizm zrobil mi psikusa. pokarm sie pojawil, pomimo moich wykretow udalo sie laktacyjnej sekcie namowic mnie na przystawianie do piersi i karmienie. pomyslalam sobie: 'no skoro jest, to niech mala skorzysta, co mi tam'. sutki nawet tak bardzo nie bolaly - na szczescie nie kazano mi przystawiac - tak jak franka - godzinami i przez caly dzien, tylko na pol godziny przy kazdym karmieniu. poniewaz Tosia urodzila sie dosc duza, dokarmialam ja mieszanka. niestety za pomoca sondy, a nie butelki, bo - bedzie mi wstyd do konca zycia - nie odwazylam sie jej wyjac.

w szpitalu byla u mnie nawet pani z poradni laktacyjnej - polozna mi ja zamowila w ramach niespodzianki chyba. powiedziala, ze mala ladnie je i ze przystawianie na pol godziny jest rozsadne, bo laktacja sie ladnie ulozy i pokarm sie pojawi. 

no coz, pomyslalam, skoro leci, szkoda zmarnowac, moze niech sie tosia naje ile sie da, a potem sie zobaczy.

wytrzymalam nawal pokarmu, chociaz myslalam, ze mi piersi eksploduja [nie uwazam wytrzymania nawalu za jakies osiagniecie, bo w koncu 'prawie kazda matka to przechodzila', ale najprzyjemniejsze to to nie bylo] i wtedy z kolei pomyslalam, ze niezle sie wkopalam, ale przeciez jak sie powiedzialo 'a', to trzeba powiedziec 'b' i karmic.

w praktyce karmienie nie jest najlatwiejsze, bo:

1. tosia je w godzinach karmienia franka, wiec albo ktos musi franka nakarmic w trakcie, gdy ja karmie tosie, albo ja jedna reka trzymam tosie przy piersi, a druga karmie franka, albo pory posilkow obojga sa przesuwane o 20 minut wczesniej/pozniej. 

2. czlowiek lazi z cyckami na wierzchu [w sklepie ze stanikami, w ktorym ufam pani sprzedawczyni, ze dobierze mi taki rozmiar, ze moje piersi nie beda po karmieniu wygladaly jak uszy cocker spaniela, nie ma mojego rozmiaru stanikow do karmienia. zamowilam w piatek przez internet, jeszcze paczka nie doszla], czego nie znosze.

3. czas dla franka jest okrojony przez to, ze godzine z kazdego trzygodzinnego cyklu wyjmuje mi z zycia karmienie, odbijanie, przewijanie tosi, i, oprocz przewijania nie moze tego zrobic nikt inny - odbijanie tez raczej lepiej na mamie, bo jak sie odbije, to jeszcze tosia doje, wiec nie ma co jej oddawac. niby niewiele, ale gdybym nie karmila piersia, moglby to zrobic ktos inny, a ja moglabym sie postarac, zeby moj starszy syn nie mial mnie troche w nosie.

4. maksymalna ilosc snu to 5 godzin - tosia na szczescie ma swoja faze senna od 3 do 8 rano, wiec mozna troche pospac, ale marze o dluzszym snie, do ktorego przyzwyczail nas franek, ale ktora matka o tym nie marzy ;)

5. piersi bola przed karmieniem. napuchniete sa i duze. ja jestem nowa w zawodzie matki karmiacej i to dla mnie bardzo meczace.

6. jedzenie. i tu wracamy do dylematow nienajmlodszej matki, od ktorych zaczelam:

w szkole rodzenia przed urodzeniem sie franka, pani polozna opowiadala nam jak to mozna wlasciwie wszystko jesc karmiac piersia, tylko uwazac na jakosc jedzenia i generalnie nie jesc cytrusow, czekolady, nie pic kawy i herbaty, alkoholu i nie palic. 

w szpitalu niewiele mowili, ale menu [tak, bylo menu do wyboru, mozna bylo sobie wybrac diete lekkostrawna, watrobowa, wegetarianska - czyli glownie ryby - i jakas jeszcze, ktorej nie pamietam] bylo opisane jako niezawierajace produktow mogacych szkodzic trawieniu dziecka. 

zapalilo mi sie zolte swiatelko w glowie, ale niedlugo pozniej zgaslo. no bo przeciez na szkole rodzenia mowili..

dzisiaj zolte swiatelko zaswiecilo z maksymalna moca i zamienilo sie na czerwone, bo przyszla polozna srodowiskowa. i zaczelo sie:

a stosuje pani jakas specjalna diete karmiac piersia? nie? to niedobrze, bo generalnie to powinna pani jesc szesc niewielkich posilkow dziennie, ale powinna pani bardzo zwracac uwage na to co pani je. bo przez pierwsze 6 tygodni dziecka nie powinna pani jesc nic smazonego, pieczonego, mieso tylko gotowane, zadnych produktow wzdymajacych, to chyba jasne, prawda? czyli kalafiorow, brokulow, kapusty, grochow, fasoli, soi. nie jesc nowalijek, czyli rzodkiewek, salaty, ogorkow. pieczywo tylko biale i najlepiej czerstwe. przez te 6 tygodni. dalej.. owoce to tylko moze pani jablko jedno zjesc dziennie surowe, moze pani zjesc jeszcze dwa, ale gotowane albo prozone.

[czy ktos z Was wie, co to do diaska znaczy prozone jablko? pieczone? podobno pieczonego nie mozna.. moja mama zaczela tego slowa uzywac jakis czas temu, teraz ta pani, nie mozna po ludzku powiedziec?]

no i to surowe jablko to nie na raz, tylko tak przez caly dzien prosze sobie chipsy jablkowe pojadac. najlepiej zrezygnowac z nabialu, bo moze wystapic kaza bialkowa, co jest niebezpieczne, zaczyna sie wysypka na policzkach, potem przechodzi na owlosiona czesc skory glowy i czasami na zgiecia raczek i nozek i generalnie jak juz raz sie pojawi to zostaje do konca zycia albo do konca 3 roku zycia. wiec jesli pani musi, to raz dziennie moze pani zjesc zupe mleczna, albo dwa plasterki sera, albo jogurt albo troszke kefiru, ale nie na raz. i jesli pani nie musi, to prosze nie jesc. zeby dostarczyc organizmowi bialko prosze sobie raz dziennie ugotowac torebke ryzu i jesc przez caly dzien. tak pojadac sobie, albo do obiadu prosze zjesc zamiast ziemniakow albo makaronu, albo z tym jablkiem prozonym [?!]. niech sie pani nie boi, nie odbialczy sie pani, a wapno.. no coz.. zeby sa i tak w stalym leczeniu..

a po tych szesciu tygodniach moze pani sobie rozszerzyc diete jak pani tylko chce. tylko ostroznie i powoli - jeden nowy skladnik dwie godziny przed karmieniem i patrzy pani na to jak zachowuje sie dziecko po godzinie po karmieniu. jesli boli je brzuszek, albo ma wysypke, to znaczy, ze nie nalezy tego produktu jesc, mozna sprobowac za jakies dwa tygodnie jeszcze raz tak samo. jesli nie, to nie. 

no i nie wiem co mam o tym myslec. nie chce, zeby tosie bolal brzuszek przez to co jem, a chcialabym jesc normalnie, a nie gotowane mieso z jabluszkiem, ryzem i ziemniakami przez caly dzien przez najblizszy miesiac, a 'potem sie zobaczy'. nie chce eksperymentowac na swoim dziecku i sprawdzac, czy jak zjem brokula to bedzie miala wzdecia i bedzie sie meczyc, czy nie. 

nie wiem, jak kobiety karmia piersia. nie mysla o tym wszystkim? czy stosuja sie do wymogow dietetycznych? jesli tak, to do ktorych? nie boja sie, ze cos ich dzieciom zaszkodzi? nie maja dosyc zycia w okowach zakazow? nie chca wreszcie pozyc normalnie, napic sie kawy, zjesc pieczonego kurczaka w papryce, popic cola, a wieczorem napic sie piwa? bo ja karmie tylko dwa tygodnie, a juz mam dosyc.

i dlaczego nie ma ujednoliconego swiatopogladu? dlaczego kazdy mowi swoje? nie tylko chodzi o karmienie. glupia oliwka dla dziecka. w szpitalu - johnsons, smarowac. polozna srodowiskowa: johnsons to najgorsze paskudztwo, prosze kupic oliwke linomag. skad ja mam wiedziec kogo sluchac? mam w glowie tylko: 'smazone, pieczone, brokuy, jabluszko, ryz, pieczywo razowe..' zdrowy rozsadek mi nie wystarcza..

wiem, ze jestem jedna z tabunu kobiet z drugim dzieckiem, wiem, ze kobiety sobie radza. sek w tym, ze ja nie jestem 'kobiety'. ja jestem matka franka i tosi i sobie nie radze.

po tej wizycie mam takie przemyslenia, ze jesli moge zaszkodzic wlasnemu dziecku; jesli mam jesc na sniadanie ryz, na drugie jabluszko, na obiad zupe z ziemniakow, na drugie ryz z ziemniakami, na podwieczorek ziemniakiz jabluszkiem, a na kolacje biale czerstwe pieczywo z ryzem; jesli mam miec utrudniony kontakt z pierwszym dzieckiem i jesli nikt inny oprocz mnie nie bedzie mogl nakarmic tosi w nocy albo z raz w ciagu dnia, zebym mogla sie normalnie pobawic z frankiem,  to ja mam w nosie takie karmienie piersia i wracam do mieszanki. 

trudno.

22:14, niemnozko
Link Komentarze (8) »
niedziela, 07 marca 2010
cialo po

tydzien temu w "wysokich obcasach" pojawil sie tekst pt.: "tu mieszkalo dziecko" - mozna go przeczytac tutaj: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,7578406,Tu_mieszkalo_dziecko.html.

kilka kobiet opowiada o tym, jak zmienilo sie ich cialo po urodzeniu dziecka. tekst opatrzony jest zdjeciami - brzuch, piersi, cialo z profilu. moze oprocz pani justyny, ktorej brzuch rzeczywiscie wyglada niezbyt dobrze, sa to - moim zdaniem - po prostu kobiece ciala. realnych kobiet, nie modelek po photoshopie.

urodzilam tosie. moje cialo okazalo sie po raz kolejny wspanialym inkubatorem, w ktorym z niczego uksztaltowal sie calkowity czlowiek. cud. chyba nigdy nie przestane sie zachwycac tym procesem, tym, ze nie mam zadnego wplywu na moje cialo. a ono, madrzejsze ode mnie, dobrze wie, co robic, jak zbudowac czlowieka od poczatku. przytylam 20 kilogramow. po porodzie zostalo jeszcze 14.  lubie swoje cialo i czuje do niego ogromny szacunek. wiem, ze predzej, czy pozniiej wroce do formy, a jednak nie zawsze jest mi latwo spojrzec w lustro. zamiast brzucha wisi pokrowiec po tosi, piersi - dwa sagany z mlekiem z ostrupowanymi sutkami (niespodzianka - mleko leci!). za drugim razem obeszlo sie bez ciecia krocza, wiec moge w miare normalnie siedziec, ale i tak chodze w tych poporodowych siatkowych majtach po pachy a miedzy nogami mam pieluche (dla niezorientowanych: doslownie - pieluchy bella dla niemowlat i malych dzieci), zbierajaca wyciekajace ze mnie pozostalosci po porodzie. to drugi porod, wiedzialam co mnie czeka, ale i tak latwo nie jest. dlatego jestem wdzieczna "obcasom" za maly glos w sprawie informowania o wygladzie ciala po ciazy.

w ostatnim numerze "obcasow" ukazaly sie takze listy komentujace ten tekst i chcialabym podziekowac pani joannie, ktora napisala bardzo wazne slowa: "cialo po ciazy potrzebuje roku, by sie zregenerowac, wiec nie wymagajcie od siebie rzeczy niemozliwych". patrzac na zdjecia z poprzedniego numeru , mysle, ze te kobiety sa piekne, ze ich ciala rzeczywiscie opisuja historie tworzenia czlowieka i wydania go na swiat. jednak patrzac na siebie, nie zawsze tak mysle. moze to dlatego, ze w glowie mam lepszy obraz siebie, niz ten, ktory widze w lustrze? a moze dlatego, ze w glebi duszy jestem obrzydliwa perfekcjonistka i wylazi ze mnie paskuda, ktora mowi: "mogloby byc lepiej"?

pani joanna napisala rowniez: "dziewczyny! chwalcie swoje corki! powtarzajcie im, ze sa inteligentne, piekne i zadbane, ksztaltujcie ich wysokie poczucie wlasnej wartosci od poczatku."

niby banalne, a wcale nie oczywiste. patrze na nasza nowonarodzona corke i zastanawiam sie, jaka bedzie kobieta, zastanawiam sie, czy dam rade wychowac swiadoma, pewna siebie, wolna od kompleksow dziewczyne. tosienko, zrobie wszystko zeby tak sie stalo.

a ty zweryfikujesz matke za 30 lat.

03:41, niemnozko
Link Dodaj komentarz »
tosiak

mam zaszczyt oglosic urodziny siostry franciszka, antoniny. witaj na swiecie, dziewczyno!

02:01, niemnozko
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 lutego 2010
moje ulubione pytania ciazowe

wiem, ze jestem okropnym leniuchem i nie pisze nic. jestem zla na siebie, ale fransesko lata i hasa, a ja za chwile wydam na swiat drugiego malucha i jak padnie, to ja juz nie mam sily na nic - tylko sie polozyc i lezec i spac. ale jeszcze chwila-moment i juz bedzie lzej.

mam natomiast dzisiaj wpis, ktory mi sie kreci po glowie od kilku dni - o moich ulubionych pytaniach ciazowych.

oczywiscie najbardziej ulubione pytanie to: "jak sie czujesz?".

jestem przepaskudna, bo przeciez wszyscy, ktorzy pytaja ciezarne o samopoczucie, zadaja to pytanie z troski, a ja tu sie nasmiewam. ale co innego spytac raz na jakis czas, a co innego pytac codziennie lub - co gorsza - kilka razy dziennie, w czym celuja zwlaszcza ciocie. i co innego odpowiadac na to pytanie pierdyliard razy dziennie: "dobrze", "dobrze", "dobrze", "dobrze" :)

nawet jak jest slabo, odpowiadam, ze dobrze, no bo co odpowiem? ze mnie boli spojenie lonowe przy kazdym kroku? obcej osobie nie powiem, choc chochlik w glowie korci, zeby porozmawiac troche o fizjologii :) o cyckach na brzuchu przy siadaniu, o bezsennosci, o zgadze. na zadyszke, na bolacy kregoslup ponarzekac. o zapaleniu zyl, o zylakach. tez tych w pochwie. o rozstepach. ach - co to by byl za wpanialy monolog - i juz pewnie nikt by mnie nie spytal o samopoczucie. ;) moja ulubiona odpowiedzia na to pytanie jest: "dobrze, dziekuje, a ty?".

drugim pytaniem jest: "kiedy rodzisz?". a skad ja mam to wiedziec? jakbym wiedziala, torba do szpitala nie stala by spakowana od miesiaca, mama nie bylaby 24h pod telefonem i nie czekala na znak-sygnal: "przyjezdzaj i zajmuj sie frankiem, my jedziemy rodzic".

kolejne: "urodzilas juz?". to jedno z "najulubienszych". jak mial sie urodzic franek - przenoszony o tydzien - z ukochanym smialismy sie, ze nastepnym razem termin porodu przesuniemy o kilka tygodni do przodu, zeby nie sluchac co chwila pytania: "urodzilas juz?". rozumiem od kogos, kogo sie raczej nie powiadomi o porodzie - dalsza kolezanka, nie wiem.. znajomi z pracy, z ktorymi nie widzialam sie szmat czasu, kolezanki z liceum, z ktorymi sie akurat nie spotykam. ale rodzina? noz kurcze.. tak, urodzilismy kilka miesiecy temu i kitramy to dziecko, pokazemy je dopiero jak pojdzie do szkoly - to bedzie dopiero sensacja: urodzila szescioletnie dziecko! jeszcze na tym zarobimy - sprzedamy historie do super ekspresu.

i jeszcze jedno - ciocine - pytanie: "czy nadal nie wiecie, jaka plec?". jak wiadomo usg robi sie codziennie i codziennie mozna sprawdzic, czy bedzie chlopiec, czy dziewczynka. najsmiesznejsze jest to, ze wszystkich plec kolejnego potomka niezwykle ciekawi. a nas srednio. myslimy o dzidziusiu, jako o "dziecku" i niekonieczna nam do kochania go jest wiedza o jego plci. z frankiem tez chcielismy miec niespodzianke, ale nie wytrzymalismy, poza tym na ktoryms usg tak sie ustawil, ze nawet ja - totalny laik - zobaczylam siusiaka na caly ekran usgmatu. a teraz jakos w ogole mnie to nie interesuje - przy franku ciaza byla wydarzeniem: oo, jestem w ciazy, to teraz sie poloze, a potem zjem piaty zbilansowany posilek, a potem moze troche pocwicze. a teraz? dziecko rozwija sie dobrze, ciaza nie jest zagrozona, szyjka macicy w pozadku, lozysko sie nie odkleja? ok, w takim razie ja sie pozajmuje frankiem, a w ciazy bede sobie mimochodem :)

nie chodzi mi o to, zeby nie pytac mnie, jak sie czuje, czy juz urodzilam, czy na pewno nie wiem, czy bedzie chlopak, czy dziewczyna, tylko zeby robic to delikatnie, z rozwaga i wyczuciem. gdybym tym, ktorzy tak zasypuja pytaniami codziennie kilka razy dziennie zadawala pytanie: "boli cie glowa?", "ale boli?", "a moze jednak boli?", "ale nie?", "nie boli?", "na pewno nie boli?", to tez szlag by ich trafil zapewne.

a wiec do nastepnego - pewnie juz w powiekszonym gronie - chociaz ktoz to wie - to pojscia do szkoly jeszcze dlugo ;)

14:37, niemnozko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4